Łosiu ... mały półtoraroczny łosiu

To miałbyć zwykły spokojny piatek, ostatni dzień krótkiego urlopiku.
Dzień wcześniej odebraliśmy znajomych z lotniska, w piątek rano mieli jechać autobusem do Augustowa. Trochę jeszcze wieczorem pojeździliśmy po Warszawie pokazując co ciekawsze miejsca, tak więc koniec końców spać poszedłem koło godz. 200
Wstałem o dziwo bez budzika o 630. Znajomi mieli wyjechać autobusem z dworca "Warszawa Stadion" (O ile to miejsce mozna nazwać dworcem). Zawsze do tej pory można bylo kupić bilety u kierowcy, tym razem okazało się, że po pierwsze bilety trzeba kupić w kasie, a po drugie i tak nic z tego, bo jest tylko jedno miejsce wolne. O 730 A. odprowadzająca naszych znajomych zadzwoniła do mnie czy nie odwiózł bym ich do Augustowa. Nie miałem w planach niczego specjalnego - w końcu IKEA moz epoczekać jeden dzień, więc bez większego zastanawiania zgodziłem się.
W drodze ze stadionu do mnie A. udało się w pracy wziąć "kacowe", więc mogliśmy sobie zrobić małą wycieczkę do Augustowa.
Z Warszawy wyjechaliśmy dość wcześnie, bo koło 815. Za Ostrowią zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze na śniadanko. Tu dygresja - jak sprawdzić, czy w barze dają dobre jedzenie? Wystarczy zobaczyć ile TIR'ów parkuje przed nim - jeśli więcej niż dwa - to mozna spokojnie wchodzić.
Po dreodze zatrzymaliśmy się na pięć minut na stacji BP w Łomży, była już jedenasta z minutami, kiedy opuściliśmy Ł.
25 km dalej droga wiedzie przez las "Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las", w naszym przypadku niezupełnie tak było ;-)
Kiedy przejechalismy przez szczyt wzniesienia, na przeciwległym pasie ruchu zobaczyliśmy dwa stojące samochody i zakrwawione osoby stojące koło nich.
Każda osoba posiadająca prawo jazdy ma obowiązek zatrzymać sie i udzielić pomocy. Tym bardziej Ratownicy Drogowi PZM.
Pierwszym samochodem (który najwięcej ucierpiał) jechała rodzina z Obwodu Kaliningradzkiego, drugim polacy. Wypadek zdarzył się dosłownie przed kilkoma minutami, tak więc jeśli nie zatrzmalibyśmy się za potrzebą w łomży, to my byśmy mogli spotkać teo Łosia. Po sprawdzeniu, że wszyscy którzy brali udział w wypadku żyją i że policja już została powiadamiona, przeparkowaliśmy samochód by nie tarasować pasa ruchu i zaczęliśmy pomagać poszkodowanym.
Najbardziej w wypadku ucierpiał sprawca - czyli łoś - urwało mu głowę, co najprawdopodobniej też uratowało całą rodzinkę. Głowa łosia wpadła do rowu, reszta zaś oderzyła w w drugi samochód po czym "odbiegła" dobre 100m by wpaść do lasu.
Z ludzi najbardziej ucierpiał kierowca, oraz jadący na miejscu za nim jego syn.
Córka jadąca obok ojca nie odniosła żadnych obrażeń [a mówi sie, że to jest miejsce "trupa"], żona zaś była jedynie w dużym szoku.
Chłopak źle się czuł, został więc błyskawicznie owinięty w folię NRC.
A. za pomocą wacików ze spirytusem przemywała twarze usuwając drobiny szkła z rozbitych szyb.
Wkrótce przyjechał policjant, po obejżeniu miejsca wypadku zawołał jeszcze karetkę pogotowia i leśników po łosia.
Środek lasu, deszcz, rozbite samochody, ranni (na szczęście lekko) ludzie, z dala od domu, w obcym kraju, gdzie niby wszyscy znaja rosyjski, ale nikt nie potrafi sie porozumieć w tym języku ... .
Postanowiliśmy z A. nie zostawiać tej rodzinki na pastwę losu i im pomóc.
Pierwsza sprawa - zielona karta - skoro jest takie ubezpieczenie i jest ono obowiązkowe, jeśli wyjeżdzasz za granicę, to znaczy, że czemuś ono służy.
Na zielonej karcie, jest numer biura w Warszawie. Dzwonimy - nikt nie odbiera!!!
No bo po co - przed południem w piątek - przecież to chamstwo tak przeszkadzać pani z ubezpieczalni...
Nie mogąc sie dodzwonić do biura ubezpieczyciela, dzwonimy na 112 (bo biuro numerów TP nie jest dostępne z innych telefonów niż TP&Orange), tam wykładamy całą sytuację i niemalże zmuszamy operatora do współpracy. Po chwili oddzwania i podaje nam numer do ambasady Rosji w Warszawie. Dzwonimy zaczynamy mówić co sie stało, a tam zaczynają nas przełączac do kolejnych osób. Gdy wreszcie trafia do tej właściwej, to rozmowa jest rozłączana... Porażka. Awaria.
Próbujemy dalej - dzwonimy znowu na 112 i molestujemy operatora o numer na Łotwę - tam jest główne biuro, które wydało Zieloną Kartę.
Operator początkowo nie mógł się odnaleźć w sytuacji, ale A. przedstawiła mu sprawę dość obrazowo, na pytanie "Czego Ci Państwo chcą", A. odpowida: "proszę sobie wyobraxić - jest Pan w obcym kraju, nie zna pan języka i na Pański samochód wpada Łoś, samochód jest rozbity pan nie może dalej jechać i czego by Pan chciał? Żeby ktoś Panu udzielił Pomocy, a w danym momencie potrzebujemy numer kierunkowy na Łotwę do Rygi by skontaktować się z ubezpieczycielem."
Trzeba przyznać, że operator stanął na wysokości zadania i błyskawicznie znalazł wszystkie potrzebne dane.
W międzyczasie przyjechała karetka i zabrala całą rodzinkę na badania.
Leśnicy też się właśnie pojawili, zabrali głowę i korpus łosia, który znaleźli nieopodal w lesie.
Mała dygresja nt. znajomości języka rosyjskiego - oj. kiepsko u nas, kiepsko.
O takich szczegółach jak Imię ojca "Otciestvo", że u Rosjan występuję, nie wspomnę.
Tu przypomina mi się sytuacja z kanay, gdzie chińska pielęgniarka spisując moje dane jako imie wpisała Prawo a jako nazwisko Jazdy. Z tej sytuacji śmiałem się aż do dziś, kiedy zobaczyłem, że u nas wcale nie jest lepiej.
Pani doktor zbadała rodzinkę i poza ojcem, wszyscy wyszli praktycznie bez szwanku, mężczyzna jednak nie chciał jechać do szpitala, nie chciał zostawiać rodziny w polu z rozbitym samochodem.
Policjant przytomnie zaproponował byśmy wszyscy podjechali jakieś 1,5 km dalej na stację benzynową i bar, gdzie można będzie rozbity samochód postawić pod wiatą (cały czas siąpił deszcz), usiąść w barze w cywilizowanych warunkach i zastanowić się co dalej.
[cdn... idę spać ;-)]
Oto jakie szkody może wyrządzić mały półtoraroczny Łoś.






1 Comments:
szkoda że nie ma zdjęcia łosia :)
Prześlij komentarz
<< Home